#pieniadze #mieszkanie…

#pieniadze #mieszkanie #mieszkaniedeweloperskie #ekonomia #kredythipoteczny #kredyt i #chwalesie

Czytam tu coraz więcej wpisów , których autorzy żalą się na wysokie ceny mieszkań a w wielkich miastach wręcz horrendalne. No i za każdym razem dochodzę do wniosku, że sami sobie robią krzywdę.

Po pierwsze, całkowicie idiotycznym jest twierdzenie, że w grę wchodzi tylko rynek pierwotny, który dziś ma same minusy:
– kupuje się dom/mieszkanie, które dopiero powstanie
– zazwyczaj są to minimalne ilości miejsca, pozlepiane ze sobą na maxa, bez grama zieleni za oknem
– pomijając cenę za metr kwadratowy, dochodzi do tego jeszcze wyposażenie mieszkania, co sprawia, że jest się uwalonym przez długi czas, gdzie uwalenie to jest dodatkowo stresujące o tyle, że w przypadku sytuacji losowej można się bardzo łatwo zadłużyć, bo raty nieliche
– zależnie od developera, wykończenie nowej klitki pozostawia mniej lub więcej do życzenia
– znam przypadki, kiedy to developer uciekł (dosłownie) w połowie realizacji, okazując się słupem w wielkiej machinie, której zwyczajny zjadacz chleba bez pomocy specjalisty nie ogarnie
– znam też takie, kiedy do chwilę po zamieszkaniu padła kanalizacja i ledwie zdobyte wyposażenie poszło się walić (oczywiście koszt wykonawcy, no ale ile walki o każdą złotówkę, to wiedzą tylko właściciele)
– do tego zwykle dochodzą na koniec motywy wspólnotowe, czyli mniejszy lub większy rak

Istnieje również rynek wtórny.
– ceny niższe
– ewentualny remont/odświeżenie sprawia, że zapomina się o tym, że tu ktoś niedawno srał i szczał
– chałupy stoją od lat lub dziesięcioleci, to co się miało popsuć, już miało miejsce
– można się w pewien sposób zaznajomić z okolicą i najbliższymi sąsiadami jeszcze przed kupnem
– znane są historyczne koszta użytkowania typu czynsze, ogrzewanie, śmieci itp.
– większy wybór poza miastem, można szukać z każdej strony a nie tam, gdzie nastąpi inwestycja

Cztery lata temu miałem spore już ciśnienie na kupno własnego kwadratu i ówczesne (nie)możliwości finansowe zmusiły mnie, że poszukać lokum poza centrum, nawet poza miastem, w którym na co dzień pracuję. Już drugie zwiedzane mieszkanie wystarczyło, żeby #rozowypasek uznał, że albo to albo w ogóle no i szczęśliwie miałem problem z głowy. Stara kamienica, mieszkanie 120m2 z piwnicą, dwiema komórkami, przynależnym kawałem własnego trawnika – jedyny minus to jeden pokój do remontu, pow. 30m2, stoi tam teraz stół bilardowy. Sprzedawała starsza wdowa, która nie miała ani siły ani tym bardziej pieniędzy na dalsze utrzymywanie miejscówy. Zażyczyła sobie 1300/m2 i nawet się nie targowałem, bo i po co.

Cztery lata temu różowa nie miała porządnej umowy o pracę ani nawet stałych zarobków, co sprawiło, że postąpiliśmy tak a nie inaczej. Dziś stać by nas było na dużo większe wydatki i z perspektywy czasu dziękuję opatrzności, że nie robię tego dziś, ponieważ to, na co mnie stać, nie wyrównałoby wzrostu kosztów, które widzimy obecnie. Jedyną kwestią, która mnie ewentualnie od czasu do czasu męczy, to codzienny półgodzinny dojazd do #pracbaza i drugie tyle z powrotem. A że męczy, to coraz częściej z sukcesami walczę o możliwość pracy zdalnej – bo ze wszystkim można sobie poradzić.

Po co to wszystko piszę? Bo wydaje mi się, że dużo ludzi szuka nie tam gdzie trzeba (a ja swoją Mariolkę zapoznałem w bibliotece ( ͡° ͜ʖ ͡°)). Kupno mieszkania dla wielu jest założeniem sobie kagańca co sprawia, że jak już ma ten kaganiec być, to najlepszy z możliwych – a to bzdura i niepotrzebne uprzykrzanie sobie życia przez nieprzemyślany wybór.

Staram się zrozumieć, że dla wielu tutaj różnica między nowym mieszkaniem a takim, co ma 10 lub nawet 50 lat jest podobna do różnicy między autem z salonu a tym z początku obecnego wieku i dlatego ludzie decydują się na spore kredyty, rezygnując przez to z wielu innych przyjemności. Ja z różową przegadałem o tym sporo wieczorów i raczej szybko zgodziliśmy się, że lepiej nie mieć wielkich kosztów na rzecz lepszego życia „poza domem” niż odwrotnie.

Jednym zdaniem, gratuluję wszystkim, którzy nie mają takiego problemu bo zarabiają wystarczająco dużo, żeby się niczym nie przejmować – i jednocześnie pozostałym polecam dwa razy pomyśleć, ile życia i kapusty poświęci ć na własne cztery ściany i czy na pewno muszą być one świeże. Bo nie zawsze warto ( ͡° ͜ʖ ͡°)